sobota, 3 marca 2012

Rozdział drugi.

Do mojego stolika podszedł ubrany w jeansy oraz podkoszulek i bluzę mężczyzna. Był to ten sam człowiek, który jeszcze wczorajszego wieczoru występował na scenie w tej oto knajpie.
- Dzień dobry.
Uśmiechnęłam się szeroko wstając i wyciągając dłoń w kierunku wokalisty.
- Oo... Dzień dobry, dzień dobry.
Odpowiedział lekkim uśmiechem, a następnie uścisnął moją dłoń.
- Ed Sheeran. Miło mi Cię oficjalnie poznać.
- Wiktoria Rudzińska.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie usiadłam zmęczona na kanapie, choć bardzo starłam się nie dać ukazać po sobie wycieńczenia.
- Chcesz mieszkać dwie ulice stąd?
Zapytał wprost. Spodobało mi się to. Nie lubiłam ludzi, którzy owijali w bawełnę i starali się wszystko pięknie ubierać w słowa.
- Tak.
Odpowiedziałam, a reakcja nas obojga była identyczna. Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Sytuacja ogólnie była dosyć zabawna. Spotkaliśmy się zaledwie pare minut wcześniej, a już uzgodniliśmy wszystko co powinniśmy.
- Mieszkanie jest małe. Dwie sypialnie, salon, który zaledwie blatem oddzielony jest od kuchni, korytarz, łazienka. Aczkolwiek ja je pokochałem, choć w Londynie mieszkam od tygodnia.
Ed zaśmiał się cicho, po czym krzyknął do kelnerki, iż prosi o herbatę cynamonową.
- Cynamonowa? To moja ulubiona. Mam świetny przepis na najlepszą herbatę cynamonową na świecie.
Powiedziałam półgłosem, a następnie razem z Edwardem zaśmialiśmy się cicho.
- W takim bądź razie MUSISZ ze mną zamieszkać, Wiktorio...
- Możesz mówić mi Vicky. Jeśli lubisz zdrobnienia oczywiście i jeśli... Nie chce Ci się wymawiać imienia z polskim akcentem.
- Nie, nie. Masz bardzo ciekawe imię. Może dlatego jest dla mnie ciekawe, że nigdy wcześniej nie poznałem żadnej polki.
Uśmiechnął się przyjaźnie, zerkając to na mnie, to na kubek pełen gorącej herbaty.
- Jestem pierwsza? Fajnie. Nauczę Cię polskiego.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie upiłam trochę herbaty.
- Tak właściwie... To nic o Tobie nie wiem. Opowiedz mi o sobie. Widuję Cię tu od jakiegoś czasu, więc musiałaś gdzieś mieszkać... Chyba...
Odpowiedziałam lekkim uśmiechem.
- No dobrze. Kilka dni po maturze przyleciałam tutaj. Mieszkałam z moim chłopakiem do... Wczoraj. Wczoraj wieczorem przyłapałam go z jakąś Kasią. Następnie pojechałam na lotnisko z zamiarem powrotu do Polski. Jakaś kobieta dzisiaj o piątej nad ranem uświadomiła mi, że tak naprawdę nie chcę wracać. Przyjechałam tutaj iii... Jestem!
Zaśmiałam się, lecz po moim policzku spłynęła łza. Kiedy? Sama nie wiedziałam kiedy. Ale pewnie podczas mówienia o Konradzie. Starałam się o nim zapomnieć. Aczkolwiek nie wychodziło.
- Oo...
Biedny Ed nie wiedział nawet co może powiedzieć. Chyba był trochę zdezorientowany. Nawet nie trochę. Bardzo.
- Przepraszam, że mówię Ci takie głupoty. Powiedz coś o sobie.
Uśmiechnęłam się do Niego, po czym założyłam kosmyk włosów za ucho i podparłam głowę na ręce, przyglądając się jego szaro-niebieskim tęczówkom.
- Moje życie nie jest zbyt ciekawe... Wszystko co myślę zapisuję na papierze. Następnie dołączam do tego kilka akordów i przekazuję całość ludziom. Tyle. Nic więcej.
Rudowłosy zaśmiał się i upił małym łykiem letnią herbatę.
- Robisz to, co kochasz... Ja... Nie, nie.
Zaprzeczyłam rękoma i zaśmiałam się.
- Znowu zacznę smęcić i nie będziesz wiedział co mi odpowiedzieć.
Uśmiechnęłam się szeroko, po czym wstałam i złapałam za uchwyt dużą, czarną walizkę.
- Ja to wezmę!
Ed zerwał się szybko z miejsca i podszedł do mnie wręcz wyrywając mi bagaż z rąk. Zaskoczona zaśmiałam się, a następnie uniosłam ku górze kącik ust, gdyż jego zachowanie bardzo mi się spodobało.
- Dobrze, dobrze.
Z uśmiechem wyszłam z kawiarni pierwsza, a tuż za mną powędrował współlokator. Na zewnątrz było ślicznie. Świeciło słońce, co w pochmurnym zazwyczaj Londynie było rzadkością, a temperatura na termometrach wzrosła o kilka stopni. Napawając się panującą atmosferą i biorąc kilka głębokich wdechów, moje płuca wypełniało chłodne, czyste powietrze, które automatycznie wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Chłodny wiatr sprawił, iż moje dłonie szybko straciły ciepło, aczkolwiek w tym momencie nawet to zdawało się przyjemnością.
Po kilku minutach powolnej drogi, podczas której nie odzywaliśmy się do siebie, rozpoczęłam.
- Tak właściwie, ile masz lat?
Odwróciłam głowę w kierunku Edwarda uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
- Osiemnaście.
Odpowiedział bez większych emocji. Z tego co zauważyłam Ed nie był zbytnio odważnym człowiekiem, któremu zależało na byciu w centrum uwagi. Należał raczej do osób, które najlepiej czuły się w towarzystwie tylko i wyłącznie swoim.
- Ja też... Co planujesz, jeśli chodzi o Londyn? Studia, praca?
Ponownie na niego spojrzałam, wkładając moje zimne dłonie do kieszeni skórzanej kurtki.
- Myślałem o studiach. Z takim zamiarem przyjechałem. A Ty? Co zamierzasz robić?
Jest! Padło pytanie z jego strony!
- W Polsce skończyłam Liceum Muzyczne, grając na fortepianie. Nie mam zbyt dużych możliwości jeśli chodzi o wybór zawodu...
- Skończyłaś Liceum Muzyczne?! Na fortepianie?!
Nagłe zdziwienie Ed'a było dla mnie trochę śmieszne. W końcu nie było nic nadzwyczajnego w tym, iż gram na fortepianie od małego. Przynajmniej dla mnie.
- Tak.
- To szybko zgłoś się na przesłuchania do Royal Academy of Music! Są niedługo na nowy semestr!
Słysząc to, co powiedział Edward zaśmiałam się głośno i poprawiłam włosy.
- Przecież nie umiem grać tak dobrze, by dostać się do jednej z najbardziej prestiżowych Akademii Muzycznych na świecie, Ed!
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a Ed na jego widok sam uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Muszę Cię posłuchać. Mam fortepian po babci w moim mieszkaniu. A, przepraszam, naszym mieszkaniu.
Zaśmiał się bezdźwięcznie, a ja ze względu na to sama uśmiechnęłam się lekko. Mimo tego, iż znaliśmy się tak krótko, jego uśmiech już wywoływał mój. Czułam się, jakbym była jego mamą. Dlaczego? Nie wiem. Traktowałam go jak kogoś, za kogo będę mogła być odpowiedzialna. Glupota.
- Naprawdę? Fantastycznie!
Potaknęłam śmiejąc się cicho. Nie grałam na fortepianie odkąd przyleciałam na wyspy, czyli przez mniej więcej pół roku. Zdążyłam wyjść z wprawy, a stawy w moich palcach nie były już takie przebiegłe jak jeszcze w czerwcu ubiegłego roku.
W końcu doszliśmy do starej, małej kamieniczki, w której znajdowało się nasze mieszkanie. Weszliśmy po schodach na trzecie, ostatnie piętro znajdujące się prawdopodobnie na poddaszu. Ed otworzył drzwi. Moim oczom ukazało się tak magiczne i czarujące mieszkanie, że aż ciężko je opisać. Drzwi wejściowe znajdowały się w niezbyt dużym salonie, który sprawiał wrażenie ogromnego, ze względu na bardzo wysoki sufit. Jakiś metr pod dachem znajdowały się ogromne, drewniane belki. Dwie ściany pomieszczenia po samo poddasze wypełnione były książkami, co sprawiało, iż można było poczuć się tutaj jak w bibliotece. Dla ułatwienia przy zbiorze ksiąg znajdowała się nawet drabina. W pomieszczeniu były dwa dosyć duże okna z ładnymi zasłonami. Jeśli chodzi o meble, było tam klika foteli oraz stoliki z lampkami nocnymi. Przy ścianie książek znajdowały się dwa dębowe, posiadające jasne obicia krzesła, które nie wygladały na zbyt wygodne. I w końcu dostrzegłam to, co wywołało w moim sercu radość taką, o której istnieniu dawno temu zapomniałam. Brązowy, wręcz czekoladowy, wypolerowany fortepian, który znajdował się w kącie pomieszczenia. Podeszłam do niego i otworzyłam klapę, siadając na taborecie. Położyłam dłonie na czarno-białej klawiaturze i zamknęłam moje oczy uśmiechając się delikatnie. Zagrałam jeden akord. Dosłownie jeden. Od razu poczułam ciarki na całym ciele wywołane przez dźwięk, który roznosił się po płycie rezonansowej. Następnie otworzyłam oczy i postanowiłam zagrać mój ukochany utwór, do którego zawsze miałam sentyment. "La fille aux cheveux de lin", Claude Debussy'ego. Grałam go w piątej klasie szkoły podstawowej dla mojej malutkiej, czteroletniej wtedy, siostry Marysi. Miała ona długie, złociste włosy. Z francuskiego, tytuł tłumaczony jest jako "Dziewczę o lnianych włosach", więc powtarzałam małej, iż utwór napisany został z myślą o niej. Szczęśliwe i dumne zarazem dziecko prosiło mnie wciąż o powtarzanie jej granego przeze mnie preludium.
Moja siostra zmarła w wieku siedmiu lat, co było dla mnie traumatycznym przeżyciem. W ramach szacunku, jaki chciałam jej oddać, postanowiłam grywać utwór ten tylko i wyłącznie przy szczególnych okazjach. Ostatnio przyszło mi go zagrać w dwunastą rocznicę jej urodzin. Nie wyszedł mi on wtedy perfekcyjnie, gdyż cały czas w moich oczach gromadziły się łzy i co jakiś czas uwalniały się, spływając po czerwonych, rumieniących się z bólu i tęksnoty, policzkach. Teraz, z powodu pierwszego od ponad roku, dotknięcia klawiatury fortepianu, zadecydowałam, iż zagram utwór jak najlepiej potrfię. Dla Marysi.
Tak też było. Włożyłam w grę całe moje serce. Każdy dźwięk starałam się wydobyć z niesamowitą ostrożnością i delikatnością. Moje palce pływały po klawiaturze automatycznie, jakby znały każdy jej zakątek na pamięć. Po zakończonej przygodzie z "La fille aux cheveux de lin", przez kilka sekund pozostawiłam ręce bezwładnie, na lśniących klawiszach, po czym odłożyłam je na uda. Odwróciłam się w stronę mojego nowego współlokatora, który oparł się o ścianę i uważnie słuchał. Gdy zorientował się, że przestałam już grać i teraz skupiam swój wzrok na nim, szybko ocknął się i uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Gratuluję...
Powiedział szeptem, a ja zdziwiona odpowiedziałam pytaniem.
- Ale czego?
- Talentu...
Uśmiechnął się trochę szerzej, a następnie przeszedł przez salon i zatrzymał się obok fotela, aby tam postawić moją ogromną, ciężką walizkę. Trochę zawstydzona uśmiechnęłam się sama do siebie, a następnie założyłam włosy za ucho i wstając z taboretu ściągnęłam skórzaną kurtkę. Położyłam ją na oparciu fotela i rozglądnęłam się po pokoju raz jeszcze. Znajdowało się w nim tyle rzeczy, że aż trudno było sobie wyobrazić ile kartonów potrzeba by było na ich spakowanie. Jakim cudem Edward tak po prostu przeprowadził się tutaj posiadający tyle drobiazgów?
- Ed, skąd masz te wszystkie książki?
Zapytałam lustrując wzrokiem półki pełne lektur.
- Aa tak... Moja babcia z Irlandii miała bibliotekę. Zapisała mi ją w testamencie. Nie chciałem zostawać w kraju i jej prowadzić, więc sprzedałem lokal, a książki wziąłem do siebie. Nawet nie wiesz jakie to fantastyczne uczucie, gdy wchodzisz do swojego salonu i odnajdujesz w nim lektury, których nigdy wcześniej nie widziałeś na oczy... Genialne. Zawsze mam co poczytać.
Zaśmiał się przyjaźnie, a następnie przeszedł przez drzwi znajdujące się w ścianie, która obładowana była powieściami. Powędrowałam za nim nie odrywając wzroku od tej magicznej skarbnicy słów. Za ścianą znajdował się krótki, ciasny korytarzyk od którego odbiegało pięcioro drzwi. Sufit w maleńkim holu nie był już tak wysoki. Jego wysokość wynosiła zaledwie dwa metry.
- Tutaj jest łazienka, obok kuchnia, następnie twoja sypialnia i moje królestwo.
Ed objaśnił mi szybko, a ja bez zastanowienia przekroczyłam próg jego sypialni. Pomieszczenie było raczej ciemne. Tak jak w salonie, całe przepełnione było starymi wydaniami przeróżnych powieści, wierszy, dramatów. Jedna z półek zapełniona była przez zbiorki nut, które również nie wygladały na najnowsze. Pomiędzy książkami Edward ustawił przeróżne przedmioty. Ramki ze zdjęciami, elementy starej zastawy, puchary zdobyte w szkole podstawowej. Na środku pokoju znajdowało się łóżko w postaci materaca i śpiworu, oraz nakaslik. Wszędzie dostrzec można było sterty poukładanych dokumentów, książek, szkiców, jakiś tekstów.
- Nie nie nie, nie wchodź tu. Panuje tu niezły bałagan. Nie chcę wywrzeć złego wrażenia.
Ed zaśmiał się i starał się powstrzymać mnie od dokładniejszego zwiedzenia pokoju. Ja, aby nie wyjść na nachalną wyszłam uśmiechając się do niego lekko, a następnie przekroczyłam próg drzwi mojej sypialni. Ku mojemu zdziwieniu pomieszczenie było urządzone. Tuż pod sufitem zamontowana została półka, na której oczywiście znajdowały się pożółkłe książki. Tapeta, którą obklejone były ściany posiadała specyficzny wzór, utrzymany w różnych odcieniach różu. Na wprost drzwi, przy prawej ścianie, tuż obok okna zasłoniętego delikatną firanką, znajdowało się duże łóżko, które okryte było stylową kołdrą. Na niej w lekkim nieładzie położono poduszki. Nad łóżkiem powieszone zostały stare, czarno-białe fotografie. Poza łóżkiem w pomieszczeniu znajdowało się biurko, postawione przy lewej ścianie, z punktu widzenia wchodzącego do pokoju. Obok biurka stała komoda w stylu vintage. Każdy możliwy skrawek przestrzeni wypełniały wszelkie stare przedmioty. Porcelanowe filiżanki, własnoręcznie wyszywane serwetki, drewniane figurki. Usłyszałam skrzypiące panele, a zaraz po tym glos współlokatora.
- Przepraszam za to, że jest już urządzone. Po prostu, mieszkanie należało do mnie i do siostry. Mieszkała tutaj przez rok, lecz wyprowadziła się dwa tygodnie temu.
Ed wzdrygnął ramionami unosząc ku górze kącik ust, po czym postawił obok łóżka mój bagaż.
- Daj spokój. Pokój urządzony jest fantastycznie!
Odpowiedziałam, a następnie usiadłam na skraju łóżka i położyłam się biorąc głęboki wdech. Poczułam zapach starych książek oraz lekki aromat cynamonu, który wnosiła do pokoju jedna laseczka tej oto przyprawy, umieszczona na biurku.

Około godziny dwudziestej, gdy już dokładnie się rozpakowałam i przeglądałam zdjęcia umieszczone w ramkach na komodzie, Edward zawołał.
- Wiktorio, napijesz się herbaty?
Wyszłam ze swojego pokoju bez pantofli i przeszłam kilkoma krokami do salonu, w którym zaświecona była tylko mała lampka na stoliku.
- Poproszę.
Odpowiedziałam i rozglądnęłam się chyba setny raz po tym cudownym pomieszczeniu, które przepełniał zapach zielonej herbaty. Usiadłam na jednym z jasnych foteli. Po kilku minutach do salonu wszedł Ed z dwoma filiżankami herbaty. Postawił je na ławie, która znajdowała się pomiędzy siedziskami. Zaraz po odłożeniu porcelanowych filiżaneczek, zza fotela wyciągnął gitarę. Zaczął ją stroić, a ja przyglądałam się mu z zaciekawieniem. "Zaśpiewaj, zaśpiewaj, proszę..." Powtarzałam sobie w myślach z delikatnym uśmiechem na twarzy. Podniosłam śnieżnobiałą bulionówkę i upiłam z niej mały łyk zielonej, przepysznej herbaty, której mocny smak wywołał jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy. W końcu po nastrojeniu instrumentu, Ed ułożył go na kolanie i zagrał kilka akordów, po czym rozpoczął...

White lips, pale face
Breathing in snowflakes
Burnt lungs, sour taste
Light's gone, day's end
Struggling to pay rent
 Long nights, strange men...


Po zaśpiewaniu uśmiechnął się delikatnie nie odrywając ode mnie wzroku i zapytał.
- Co sądzisz? Na razie nie mam nic dalej...
Siedziałam cicho z filiżanką w dłoniach, a z moich ust nie znikał szczery uśmiech.
- Masz cudowny głos.
Ed odpowiedział szerszym uśmiechem, a następnie rozpoczął swoją kolejną piosenkę.

Give me love like her
'Cause lately I've been waking up alone
Paint splattered teardrops on my shirt
Told you I'd let them go
And that I'll fight my corner
Maybe tonight I'll call ya
After my blood turns into alcohol
No I just wanna hold ya.

Give a little time to me, or burn this out
We'll play hide and seek to turn this around
And all I want is the taste that your lips allow

My, my, my, my, oh give me love...


Nie wiedziałam nawet kiedy usnęłam z pustą już filiżanką w ręku, która była jeszcze ciepła, gdyż zagrzała ją herbata będąca pare minut wcześniej wewnątrz...


Inspiracją do opisu wnętrz były te zdjęcia. Są cudowne. Mam nadzieję, iż w przyszłości odtworzę choć odrobinę z nich w moim mieszkaniu...

Salon w mieszkaniu Edwarda oraz Wiktorii.


Sypialnia Ed'a.


Sypialnia Wiktorii.

piątek, 2 marca 2012

Rozdział pierwszy.

Są takie dni, gdy budzisz się i wiesz, że te kilkanaście godzin, które jeszcze są przed tobą, będziesz chciał zapomnieć... Będziesz chciał, by odeszły w niepamięć... Nawet nie spodziewasz się, iż mogą to być chwile, na których myśl w przyszłości, na twojej twarzy pojawi się uśmiech.

~ 2 Marca 2008 ~
Od dwóch godzin siedziałam wycieńczona, z rozmazanym makijażem na twarzy, na ławce znajdującej się na lotnisku. Spojrzałam na zegarek. Godzina piąta rano. W korytarzu znajdowało się kilkadziesiąt ławek. Prawie wszystkie były puste. Światło zostało lekko przygaszone, aby pasażerowie czekający na swój lot mogli spokojnie przespać noc. Na ławce obok spała starsza kobieta z dwójką małych dzieci. Położyli oni głowy na swoich walizkach.

~ 1 Marca 2008 ~
Jak każdego poranka wstałam około godziny siódmej rano i w lekkim szlafroku, boso, przeszłam kilkoma krokami z sypialni do kuchni. Musiałam zrobić mojemu facetowi śniadanie. Zazwyczaj była to kawa i tosty z serem, tak więc włączyłam ekspres i wyciągnęłam z szafki dwa tosty. Po kilkunastu minutach, gdy tosty włożone przeze mnie do tostera zaczęły się już rumienić, do kuchni wszedł Konrad, który w pasie przepasany był ręcznikiem.
- Cześć kuchareczko.
Uśmiechnął się, po czym podszedł bliżej i cmoknął mnie w policzek. Ja uśmiechnęłam się zaspana, wyciągając przy użyciu kilku narzędzi kuchennych gotowych tostów. Było to kwestią przyzwyczajenia, gdyż toster zepsuł się zaraz po moim przyjeździe do Londynu.
- Ubierz się ciepło. Dzwonił Kuba i mówił, że dzisiaj czeka Was jakaś praca w terenie. Cokolwiek to znaczy.
Powiedziałam troskliwie, a następnie położyłam talerz z tostami na stole przed Konradem i nalałam mu do pustego kubka czarnej, aromatycznej kawy, której zapach wypełnił już całe nasze małe mieszkanko.
- Dobrze.
Odpowiedział, po czym po zjedzeniu zaledwie jednej kromki wstał i wyszedł z kuchni z kubkiem kawy w ręce. Oparłam się o blat i zaczesałam dłonią do tyłu moje nieułożone, lekko kręcone włosy.
- Nie jesz już?
Zapytałam zerkając kątem oka przez framugę drzwi, za którymi Konrad już ubierał bluzę i śpieszył się do pracy.
- Zjem coś po drodze. Pa.
Wyszedł trzaskając drzwiami. Ostatnią rzeczą jaką usłyszałam był, roznoszący się po klatce schodowej, stukot jego traperów o stare, drewniane stopnie. Po jego wyjściu odetchnęłam zirytowana i podniosłam talerz, po czym wrzuciłam go do zlewu, co spowodowało trzask i rozbicie się szklanego spodka.
- Cholera jasna!
Krzyknęłam, a następnie przeszłam przez krótki korytarzyk i przekroczyłam próg łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i postanowiłam wziąć długi, gorący prysznic.
Po kilku godzinach krzątania się po mieszkaniu i wysprzątaniu wszystkiego co tylko się dało, siedząc na kanapie i oglądając telewizję, doszłam do wniosku, iż czas wyjść z domu. Ubrałam się w jeansy, t-shirt oraz skórzaną kurtkę, po czym opuściłam mieszkanko, zamykając za sobą zamki.
Tak mniej więcej wyglądał każdy mój dzień od czasu przyjazdu do Londynu. Rano robienie śniadania Konradowi, a później sprzątanie po raz setny sypialni i salonu. Następnie pozostawało mi wyjście z domu w jakieś spokojne, miłe miejsce, w stylu nieznanych, Brytyjskich kawiarenek i czytanie książek. Z przyjemnością podjęłabym pracę, aczkolwiek Konrad nie chciał abym pracowała. Wolał, żebym zostawała w domu i gotowała dla niego, sprzątała. Ja jako mało asertywna osoba, oczywiście robiłam tylko to, na co pozwalał mi mój partner. Jeśli chodziło o nasze relacje, nie byliśmy małżeństwem. Poznaliśmy się w Polsce, a następnie Konrad wyleciał na wyspy. Po kilku miesiącach ja, świetnie posługująca się językiem angielskim dziewczyna bez wyższego wykształcenia, przyleciałam do Niego i... Było jak było.
Po jakiś dziesięciu minutach piechotą doszłam do mojej ulubionej kawiarni. Usiadłam przy stoliku, który przemiła kelnerka rezerwowała jak zawsze dla mnie. Uśmiechnęłam się przyjaźnie do obsługi. Barman, obie kelnerki, właściciel. Już. Teraz mogłam spokojnie usiąść przy dębowym blacie i rozkoszować się lekturą romansu pożyczonego od przyjaciółki - Jasmine. Zaczytałam się i nawet nie zauważyłam kiedy minęły trzy godziny. Była godzina 16, co oznaczało, iż właśnie rozpoczynał się wieczór muzyczny. Zazwyczaj na tej małej scenie prezentowali się mało znani artyści, którzy grali kameralne koncerciki w takich oto kawiarenkach. Głównie były to jakieś wokalistki śpiewające a capella, bądź pianiści wykonujący muzykę klasyczną lub jazz.
- Witamy państwa jak codziennie o godzinie 16 na wieczorku muzycznym.
Oderwałam wzrok od pożółkłych kartek książki i uniosłam go, kierując się nim wprost na scenę, na której stał właściciel kawiarni.
- Dzisiaj naszym gościem będzie Edward Sheeran. Wokalista oraz gitarzysta, który sam komponuje swoje utwory. Mam nadzieję, iż się spodoba...
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a wszyscy zgromadzeni zaczęli klaskać. Ja również miałam taki zamiar, aczkolwiek zanim jeszcze zdążyłam odłożyć książkę na blat stołu, artysta zdążył już wejść na scenę i usiąść na krześle z gitarą w ręku. Na jego widok oparłam się z powrotem i przekrzywiłam głowę z zainteresowaniem uśmiechając się lekko. Wokalista miał rude włosy. Na jego głowie panował całkowity nieład, jakby mężczyzna ani raz w życiu nie widział grzebienia na oczy. Ubrany był w jeansy oraz szary podkoszulek, a na jego prawej ręce znajdował się jaskrawy, zielony zegarek, który automatycznie przykuwał wzrok. Mężczyzna uśmiechnął się w stronę widowni, po czym oparł gitarę na udzie i rozpoczął swój recital. Jego utwory były bardzo przyjemne. Lekkie, spokojne piosenki, których teksty nie były jak większość, które dotychczas przyszło mi usłyszeć. Te piosenki miały w sobie coś niezwykłego. Doprowadzały mnie wręcz do płaczu. Nie wiedziałam nawet kiedy, a po moim policzku spłynęła łza. Starsza kobieta siedząca przy stoliku obok zerknęła na mnie i z oczami pełnymi łez uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałam nie mniejszym uśmiechem. Po godzinnym występie, wokalista wziął gitarę do ręki i zszedł ze sceny, czemu towarzyszyły głośne oklaski znaczące podziw dla artysty. Tym razem klaskałam jak najgłośniej się dało. Nie powstrzymywała mnie żadna książka bądź też inny przedmiot. W dobrym nastroju po występie, wyciągnęłam z kieszeni spodni telefon i wykręciłam numer Jasmine.
- Cześć. Mogę do Ciebie wpaść? Trafiłam na naprawdę dobre odkrycie muzyczne w "naszej" kawiarni. Dobrze. Będę za piętnaście minut.
Nałożyłam na siebie kurtkę i trzymając w ręce książkę pożyczoną od przyjaciółki wyszłam z kawiarni i skierowałam swe kroki w stronę ulicy, przy której znajdowało się mieszkanie Jas. Szłam spacerem przez kilka minut, myśląc o wokaliście, którego miałam okazję ujrzeć po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru, oraz o cudownej książce od Jasmine. W pewnym momencie zorientowałam się, iż od wyjścia z lokalu, ktoś idzie za mną krok w krok. Zaczęło się ściemniać, więc trochę wystraszona odwróciłam się powoli do tyłu. Moim oczom ukazał się rudowłosy mężczyzna, który jeszcze kilkanaście minut temu wykonywał piosenki doprowadzające mnie do łez.
- Oo... Edward?
Nie pamiętałam dokładnie jego imienia, gdyż zanim jeszcze zaczął śpiewać nie byłam zbytnio zainteresowana jego osobą.
- Tak?
Jeszcze bardziej ode mnie zdziwiony odpowiedział niepewnie, poprawiając przy tym gitarę, która znajdowała się na jego plecach.
- To Ty śpiewałeś przed chwilą w kawiarni za rogiem? Cudownie. Cieszę się, że istnieją na tym świecie jeszcze ludzie, którzy potrafią poprzez jedną piosenkę przekazać tak wiele.
Najwyraźniej nie wiedział co ma powiedzieć. Ja uśmiechnęłam się do Niego delikatnie, po czym odwróciłam się i kontynuowałam drogę do Jasmine. Już po niespełna kilku minutach weszłam przez duże drzwi do kamienicy i wbiegłam po schodkach na pierwsze piętro. Gdy już się tam znalazłam zapukałam do drzwi. Otworzyła mi ciemnoskóra kobieta o ślicznych, długich i ciemnych włosach, które były idealnie ułożone. Miała ogromne, czekoladowe oczy przyciągające uwagę oraz śliczny, szeroki uśmiech.
- Cześć.
Cmoknęłam ją na powitanie w policzek, a następnie przekroczyłam próg drzwi. Przeszłam korytarzem do salonu i usiadłam na sofie, zdejmując przy tym moją skórzaną kurtkę.
- Jak już mówiłam przez telefon, książka od Ciebie bardzo mi się spodobała. Bardzo wciągająca.
Uśmiechnęłam się szeroko do Jasmine, która krzątała się gdzieś po kuchni.
- Mówiłam Ci! Jest fantastyczna! Zaparzę Ci herbaty, bo z tego co widzę zmarzłaś. Dlaczego tak się ubierasz w marcu?! Zgłupiałaś?!
Moja przyjaciółka zaśmiała się, a następnie weszła do salony z dwoma kubkami gorącej herbaty cynamonowej. Zapach cynamonu wypełnił już cały salonik, co sprawiło, iż miałam coraz większą ochotę na jej wypicie.
- A tak ogólnie, co u Ciebie słychać, Wiktorio?
Zapytała Jasmine, zajmując wolne miejsce obok mnie i uśmiechając się delikatnie i uroczo zarazem.
- U mnie całkiem w porządku...
Skłamałam. Dlaczego? Może chciałam uniknąć poważnej rozmowy? Zachowałam się jak małe dziecko. Ale po prostu nie chciałam teraz zwierzać się przyjaciółce i obarczać jej moimi problemami.
- A u Ciebie Jasmine?
Uśmiechnęłam się do niej szeroko i złapałam obiema rękoma kubek pełen ciepłej, przepysznej herbaty.
- No właśnie... Miałam powiedzieć Ci razem z Chuckiem, ale... Nie mogę już dłużej czekać. Pobieramy się!
Krzyknęła głośno, a ja wstałam aby móc ją przytulić.
- Cudowna wiadomość! Pasujecie do siebie idealnie!
Odpowiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. A w myślach tylko jedno "Dlaczego ja nie mam takiego szczęścia?".
- Wiem. Zobacz jaki dostałam pierścionek. Nie przypuszczałam nawet, że sam potrafi wybrać takie cudeńko. Jejuu, będziesz mi musiała pomóc z wyborem sukni. Mam kilka szkiców, ale to się jeszcze dopracuje... A jak sądzisz, jakie kwiaty?
Nachyliłyśmy się z Jasmine nad cudownym srebrnym, pierścionkiem, posiadającym piękny, mały diament.
- Masz jeszcze sporo czasu, kochanie.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie cmoknęłam ją w czoło troskliwie i zaśmiałam się cicho. Podeszłam szybko do pianina znajdującego się przy oknie i zagrałam na nim wstęp do marsza weselnego Mendelssohna.
- Będziesz musiała mi zagrać na ślubie Wiktorio...
Jasmine znów uśmiechnęła się szeroko, dzięki czemu ukazywała swoje śnieżnobiałe zęby kontrastujące z jej ciemnym kolorem skóry.

Po kilku godzinach spędzonych u przyjaciółki, około dwudziestej pierwszej, wracałam już do mieszkania. Co prawda nie chciałam tam wracać, gdyż wiedziałam co mnie czeka. Robienie kolacji dla Konrada, sprzątanie kuchni i oglądanie brytyjskich seriali.
Stanęłam przed drzwiami do mieszkania i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy. Nagle jednak zaprzestałam, gdyż usłyszałam czyjś głos zza drzwi.
- No dobrze, ale idź już Kasiu... Zaraz wróci od tej swojej przyjaciółki, a chyba nie chcielibyśmy żeby Cię tu zobaczyła, co? Idź kocie. Widzimy się jutro.
- Jasne. Już idę się ubrać...
Kasiu? Skoro już mnie zdradzał, mu nie robić tego w naszym mieszkaniu! Otworzyłam gwałtownie drzwi i moim oczom ukazał się Konrad obejmujący w pasie jakąś kobietę.
- Gdzie schowałeś moją walizkę?
Spytałam starając się nie patrzeć na pół nagą dziewczynę, która gdzieś w naszej sypialni zgubiła bluzkę oraz biustonosz.
- Wiki, zrozum mnie...
- Wiktoria, jak już coś. A tak w ogóle - skoro już mnie zdradzasz, rób to w jakimś innym miejscu niż nasze mieszkanie!
Uniosłam głos, a następnie szybkim krokiem przeszłam do sypialni i wyszarpałam z szafy walizkę.


Od dwóch godzin siedziałam wycieńczona, z rozmazanym makijażem, na ławce znajdującej się na lotnisku. Spojrzałam na zegarek. Godzina piąta rano. W korytarzu znajdowało się kilkadziesiąt ławek. Prawie wszystkie były puste. Światło zostało lekko przygaszone, aby pasażerowie czekający na swój lot mogli spokojnie przespać noc. Na ławce obok spała starsza kobieta z dwójką małych dzieci. Położyli oni głowy na swoich walizkach. Ja czekałam na otwarcie kas, gdyż chciałam jak najszybciej kupić bilet na lot do Polski i uciec z tej cholernej Anglii. Nagle kobieta siedząca obok przebudziła się i usiadła na skraju ławki, wykonując ostrożne ruchy, by nie obudzić dzieci.
- Gdzie pani leci?
Zapytała przyglądając się mi z lekkim uśmiechem.
- Do Polski.
Odpowiedziałam niezbyt przyjemnym tonem nawet nie zerkając na pytającą.
- Polka?
Spytała po polsku kobieta, a ja dopiero teraz odwróciłam głowę w jej stronę.
- Owszem.
- Radzę Ci dziecko, zostań tutaj. Dawno temu przyleciałam tu z Polski. Sama. Od tamtej pory prowadzę spokojne życie, pensjonat. Jestem naprawdę szczęśliwa. To moje wnuki z Polski.
Zerknęła z uśmiechem na dwójkę maluchów.
- Dzisiaj przylatują tutaj ich rodzice. Czekamy na nich od wczorajszego wieczora, gdyż mieli przylecieć wczoraj, aczkolwiek lot się opóźnił. Dzieci są tu szczęśliwe, ja jestem szczęśliwa, mój syn z żoną zapewne też będą... Cokolwiek się stało - zostań w Londynie kochanie.
Poklepała mnie po ramieniu, lecz zaraz po tym obudziła dzieci i z szerokim uśmiechem wraz z nimi podeszła do dwójki dorosłych ludzi, którzy właśnie przylecieli z Wrocławia. Na ich widok sama uśmiechnęłam się lekko. Wyobraziłam sobie jak mogłoby wyglądać moje życie w Polsce. Wróciłabym do Krakowa, zamieszkałabym u mamy, nie mogłabym znaleźć pracy, opiekowałabym się moim młodszym bratem - Dominikiem, sprzątałabym dom, całymi dniami wyobrażała sobie moje życie w Londynie.
- Nie...
Szepnęłam sama do siebie, po czym wstałam z ławki i z ogromną walizką wyszłam z hali lotniska Heathrow Airport. Wsiadłam w pierwszą lepszą taksówkę i kazałam się zawieźć do mojej ukochanej kawiarni, w której zawsze czytałam książki i piłam najwspanialszą kawę w mieście.
Gdy dotarłam już na miejsce, zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam następnie wyjmując walizkę z bagażnika. Na drzwiach wejściowych zauważyłam ogłoszenie. "Poszukiwany współlokator. Więcej pod numerem (...)" Przyjrzałam się karteczce, po czym wyciągnęłam z kieszeni telefon komórkowy i wykręciłam numer. Nie chciałam zwalać się na głowę mojej Jasmine, dlatego też od razu postanowiłam się ogarnąć i znaleźć sobie jakieś mieszkanko. Odebrał mężczyzna. Zdziwiłam się trochę, gdyż nie wiadomo dlaczego, przekonana byłam, iż odbierze kobieta.
- Witam. Dzwonię w sprawie ogłoszenia o poszukiwanie współlokatora. Co prawda jestem współlokatorką, ale mam nadzieję, że to nie odgrywa większej roli... ?
Zapytałam niepewnie.
- Dobry wieczór. Oczywiście, że nie. Czy moglibyśmy się spotkać? Bądź co bądź, ale niektóre sprawy łatwiej załatwiać osobiście...
Rozmówca zaśmiał się przyjaźnie, co wywołało uśmiech na mojej twarzy.
- Jasne. Jestem teraz w The Double Cafe. Może być tutaj, czy proponuje pan inne miejsce?
- Double Cafe? Idealnie. Właśnie tam teraz idę. Pojawię się za dziesięć minut. Proszę poczekać przy stoliku obok okna. Do zobaczenia.
Rozłączył się. Zaskoczona tym, iż mężczyzna o godzinie siódmej rano wybiera się do kawiarni, postanowiłam pójść do toalety i trochę się ogarnąć po nieprzespanej nocy. Weszłam do kawiarni uśmiechając się do kelnerki i już miałam iść do ubikacji, gdy bez zastanowienia spytałam.
- Przepraszam, czy nie poszukują przypadkiem państwo zastępstwa za poprzednią kelnerkę, która ze względu na ciążę musiała zrezygnować z pracy?
Zerknęłam pytająco na kobietę, lecz ona tylko odrzekła z lekkim uśmiechem.
- Tak... Ale musiałaby pani porozmawiać z szefem. Będzie tu za jakieś piętnaście minut.
- Rozumiem.
Odpowiedziałam przyjemnym uśmiechem i potaknęłam głową, po czym weszłam do toalety i widząc swoje odbicie w dużym lustrze zaśmiałam się głośno.
Czekałam na lokatora mieszkania już ponad piętnaście minut. Zdążyłam wypić przez ten czas dwie herbaty i zamówiłam trzecią. Zaspana starałam się powstrzymać od zaśnięcia na blacie stołu. Zerknęłam na ekran telefonu położonego na dębowej ławie. Wyświetlało się na nim 18 nieodebranych połączeń od Konrada. Na ich widok zaśmiałam się tylko kpiąco, lecz szybko uniosłam się nerwowo, gdyż usłyszałam trzask drzwi wejściowych do ciasnej kawiarni oraz ciche, aczkolwiek wypowiedziane bardzo przyjemnym głosem "Dzień dobry".