Do mojego stolika podszedł ubrany w jeansy oraz podkoszulek i bluzę mężczyzna. Był to ten sam człowiek, który jeszcze wczorajszego wieczoru występował na scenie w tej oto knajpie.
- Dzień dobry.
Uśmiechnęłam się szeroko wstając i wyciągając dłoń w kierunku wokalisty.
- Oo... Dzień dobry, dzień dobry.
Odpowiedział lekkim uśmiechem, a następnie uścisnął moją dłoń.
- Ed Sheeran. Miło mi Cię oficjalnie poznać.
- Wiktoria Rudzińska.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie usiadłam zmęczona na kanapie, choć bardzo starłam się nie dać ukazać po sobie wycieńczenia.
- Chcesz mieszkać dwie ulice stąd?
Zapytał wprost. Spodobało mi się to. Nie lubiłam ludzi, którzy owijali w bawełnę i starali się wszystko pięknie ubierać w słowa.
- Tak.
Odpowiedziałam, a reakcja nas obojga była identyczna. Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Sytuacja ogólnie była dosyć zabawna. Spotkaliśmy się zaledwie pare minut wcześniej, a już uzgodniliśmy wszystko co powinniśmy.
- Mieszkanie jest małe. Dwie sypialnie, salon, który zaledwie blatem oddzielony jest od kuchni, korytarz, łazienka. Aczkolwiek ja je pokochałem, choć w Londynie mieszkam od tygodnia.
Ed zaśmiał się cicho, po czym krzyknął do kelnerki, iż prosi o herbatę cynamonową.
- Cynamonowa? To moja ulubiona. Mam świetny przepis na najlepszą herbatę cynamonową na świecie.
Powiedziałam półgłosem, a następnie razem z Edwardem zaśmialiśmy się cicho.
- W takim bądź razie MUSISZ ze mną zamieszkać, Wiktorio...
- Możesz mówić mi Vicky. Jeśli lubisz zdrobnienia oczywiście i jeśli... Nie chce Ci się wymawiać imienia z polskim akcentem.
- Nie, nie. Masz bardzo ciekawe imię. Może dlatego jest dla mnie ciekawe, że nigdy wcześniej nie poznałem żadnej polki.
Uśmiechnął się przyjaźnie, zerkając to na mnie, to na kubek pełen gorącej herbaty.
- Jestem pierwsza? Fajnie. Nauczę Cię polskiego.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie upiłam trochę herbaty.
- Tak właściwie... To nic o Tobie nie wiem. Opowiedz mi o sobie. Widuję Cię tu od jakiegoś czasu, więc musiałaś gdzieś mieszkać... Chyba...
Odpowiedziałam lekkim uśmiechem.
- No dobrze. Kilka dni po maturze przyleciałam tutaj. Mieszkałam z moim chłopakiem do... Wczoraj. Wczoraj wieczorem przyłapałam go z jakąś Kasią. Następnie pojechałam na lotnisko z zamiarem powrotu do Polski. Jakaś kobieta dzisiaj o piątej nad ranem uświadomiła mi, że tak naprawdę nie chcę wracać. Przyjechałam tutaj iii... Jestem!
Zaśmiałam się, lecz po moim policzku spłynęła łza. Kiedy? Sama nie wiedziałam kiedy. Ale pewnie podczas mówienia o Konradzie. Starałam się o nim zapomnieć. Aczkolwiek nie wychodziło.
- Oo...
Biedny Ed nie wiedział nawet co może powiedzieć. Chyba był trochę zdezorientowany. Nawet nie trochę. Bardzo.
- Przepraszam, że mówię Ci takie głupoty. Powiedz coś o sobie.
Uśmiechnęłam się do Niego, po czym założyłam kosmyk włosów za ucho i podparłam głowę na ręce, przyglądając się jego szaro-niebieskim tęczówkom.
- Moje życie nie jest zbyt ciekawe... Wszystko co myślę zapisuję na papierze. Następnie dołączam do tego kilka akordów i przekazuję całość ludziom. Tyle. Nic więcej.
Rudowłosy zaśmiał się i upił małym łykiem letnią herbatę.
- Robisz to, co kochasz... Ja... Nie, nie.
Zaprzeczyłam rękoma i zaśmiałam się.
- Znowu zacznę smęcić i nie będziesz wiedział co mi odpowiedzieć.
Uśmiechnęłam się szeroko, po czym wstałam i złapałam za uchwyt dużą, czarną walizkę.
- Ja to wezmę!
Ed zerwał się szybko z miejsca i podszedł do mnie wręcz wyrywając mi bagaż z rąk. Zaskoczona zaśmiałam się, a następnie uniosłam ku górze kącik ust, gdyż jego zachowanie bardzo mi się spodobało.
- Dobrze, dobrze.
Z uśmiechem wyszłam z kawiarni pierwsza, a tuż za mną powędrował współlokator. Na zewnątrz było ślicznie. Świeciło słońce, co w pochmurnym zazwyczaj Londynie było rzadkością, a temperatura na termometrach wzrosła o kilka stopni. Napawając się panującą atmosferą i biorąc kilka głębokich wdechów, moje płuca wypełniało chłodne, czyste powietrze, które automatycznie wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Chłodny wiatr sprawił, iż moje dłonie szybko straciły ciepło, aczkolwiek w tym momencie nawet to zdawało się przyjemnością.
Po kilku minutach powolnej drogi, podczas której nie odzywaliśmy się do siebie, rozpoczęłam.
- Tak właściwie, ile masz lat?
Odwróciłam głowę w kierunku Edwarda uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
- Osiemnaście.
Odpowiedział bez większych emocji. Z tego co zauważyłam Ed nie był zbytnio odważnym człowiekiem, któremu zależało na byciu w centrum uwagi. Należał raczej do osób, które najlepiej czuły się w towarzystwie tylko i wyłącznie swoim.
- Ja też... Co planujesz, jeśli chodzi o Londyn? Studia, praca?
Ponownie na niego spojrzałam, wkładając moje zimne dłonie do kieszeni skórzanej kurtki.
- Myślałem o studiach. Z takim zamiarem przyjechałem. A Ty? Co zamierzasz robić?
Jest! Padło pytanie z jego strony!
- W Polsce skończyłam Liceum Muzyczne, grając na fortepianie. Nie mam zbyt dużych możliwości jeśli chodzi o wybór zawodu...
- Skończyłaś Liceum Muzyczne?! Na fortepianie?!
Nagłe zdziwienie Ed'a było dla mnie trochę śmieszne. W końcu nie było nic nadzwyczajnego w tym, iż gram na fortepianie od małego. Przynajmniej dla mnie.
- Tak.
- To szybko zgłoś się na przesłuchania do Royal Academy of Music! Są niedługo na nowy semestr!
Słysząc to, co powiedział Edward zaśmiałam się głośno i poprawiłam włosy.
- Przecież nie umiem grać tak dobrze, by dostać się do jednej z najbardziej prestiżowych Akademii Muzycznych na świecie, Ed!
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a Ed na jego widok sam uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Muszę Cię posłuchać. Mam fortepian po babci w moim mieszkaniu. A, przepraszam, naszym mieszkaniu.
Zaśmiał się bezdźwięcznie, a ja ze względu na to sama uśmiechnęłam się lekko. Mimo tego, iż znaliśmy się tak krótko, jego uśmiech już wywoływał mój. Czułam się, jakbym była jego mamą. Dlaczego? Nie wiem. Traktowałam go jak kogoś, za kogo będę mogła być odpowiedzialna. Glupota.
- Naprawdę? Fantastycznie!
Potaknęłam śmiejąc się cicho. Nie grałam na fortepianie odkąd przyleciałam na wyspy, czyli przez mniej więcej pół roku. Zdążyłam wyjść z wprawy, a stawy w moich palcach nie były już takie przebiegłe jak jeszcze w czerwcu ubiegłego roku.
W końcu doszliśmy do starej, małej kamieniczki, w której znajdowało się nasze mieszkanie. Weszliśmy po schodach na trzecie, ostatnie piętro znajdujące się prawdopodobnie na poddaszu. Ed otworzył drzwi. Moim oczom ukazało się tak magiczne i czarujące mieszkanie, że aż ciężko je opisać. Drzwi wejściowe znajdowały się w niezbyt dużym salonie, który sprawiał wrażenie ogromnego, ze względu na bardzo wysoki sufit. Jakiś metr pod dachem znajdowały się ogromne, drewniane belki. Dwie ściany pomieszczenia po samo poddasze wypełnione były książkami, co sprawiało, iż można było poczuć się tutaj jak w bibliotece. Dla ułatwienia przy zbiorze ksiąg znajdowała się nawet drabina. W pomieszczeniu były dwa dosyć duże okna z ładnymi zasłonami. Jeśli chodzi o meble, było tam klika foteli oraz stoliki z lampkami nocnymi. Przy ścianie książek znajdowały się dwa dębowe, posiadające jasne obicia krzesła, które nie wygladały na zbyt wygodne. I w końcu dostrzegłam to, co wywołało w moim sercu radość taką, o której istnieniu dawno temu zapomniałam. Brązowy, wręcz czekoladowy, wypolerowany fortepian, który znajdował się w kącie pomieszczenia. Podeszłam do niego i otworzyłam klapę, siadając na taborecie. Położyłam dłonie na czarno-białej klawiaturze i zamknęłam moje oczy uśmiechając się delikatnie. Zagrałam jeden akord. Dosłownie jeden. Od razu poczułam ciarki na całym ciele wywołane przez dźwięk, który roznosił się po płycie rezonansowej. Następnie otworzyłam oczy i postanowiłam zagrać mój ukochany utwór, do którego zawsze miałam sentyment. "La fille aux cheveux de lin", Claude Debussy'ego. Grałam go w piątej klasie szkoły podstawowej dla mojej malutkiej, czteroletniej wtedy, siostry Marysi. Miała ona długie, złociste włosy. Z francuskiego, tytuł tłumaczony jest jako "Dziewczę o lnianych włosach", więc powtarzałam małej, iż utwór napisany został z myślą o niej. Szczęśliwe i dumne zarazem dziecko prosiło mnie wciąż o powtarzanie jej granego przeze mnie preludium.
Moja siostra zmarła w wieku siedmiu lat, co było dla mnie traumatycznym przeżyciem. W ramach szacunku, jaki chciałam jej oddać, postanowiłam grywać utwór ten tylko i wyłącznie przy szczególnych okazjach. Ostatnio przyszło mi go zagrać w dwunastą rocznicę jej urodzin. Nie wyszedł mi on wtedy perfekcyjnie, gdyż cały czas w moich oczach gromadziły się łzy i co jakiś czas uwalniały się, spływając po czerwonych, rumieniących się z bólu i tęksnoty, policzkach. Teraz, z powodu pierwszego od ponad roku, dotknięcia klawiatury fortepianu, zadecydowałam, iż zagram utwór jak najlepiej potrfię. Dla Marysi.
Tak też było. Włożyłam w grę całe moje serce. Każdy dźwięk starałam się wydobyć z niesamowitą ostrożnością i delikatnością. Moje palce pływały po klawiaturze automatycznie, jakby znały każdy jej zakątek na pamięć. Po zakończonej przygodzie z "La fille aux cheveux de lin", przez kilka sekund pozostawiłam ręce bezwładnie, na lśniących klawiszach, po czym odłożyłam je na uda. Odwróciłam się w stronę mojego nowego współlokatora, który oparł się o ścianę i uważnie słuchał. Gdy zorientował się, że przestałam już grać i teraz skupiam swój wzrok na nim, szybko ocknął się i uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Gratuluję...
Powiedział szeptem, a ja zdziwiona odpowiedziałam pytaniem.
- Ale czego?
- Talentu...
Uśmiechnął się trochę szerzej, a następnie przeszedł przez salon i zatrzymał się obok fotela, aby tam postawić moją ogromną, ciężką walizkę. Trochę zawstydzona uśmiechnęłam się sama do siebie, a następnie założyłam włosy za ucho i wstając z taboretu ściągnęłam skórzaną kurtkę. Położyłam ją na oparciu fotela i rozglądnęłam się po pokoju raz jeszcze. Znajdowało się w nim tyle rzeczy, że aż trudno było sobie wyobrazić ile kartonów potrzeba by było na ich spakowanie. Jakim cudem Edward tak po prostu przeprowadził się tutaj posiadający tyle drobiazgów?
- Ed, skąd masz te wszystkie książki?
Zapytałam lustrując wzrokiem półki pełne lektur.
- Aa tak... Moja babcia z Irlandii miała bibliotekę. Zapisała mi ją w testamencie. Nie chciałem zostawać w kraju i jej prowadzić, więc sprzedałem lokal, a książki wziąłem do siebie. Nawet nie wiesz jakie to fantastyczne uczucie, gdy wchodzisz do swojego salonu i odnajdujesz w nim lektury, których nigdy wcześniej nie widziałeś na oczy... Genialne. Zawsze mam co poczytać.
Zaśmiał się przyjaźnie, a następnie przeszedł przez drzwi znajdujące się w ścianie, która obładowana była powieściami. Powędrowałam za nim nie odrywając wzroku od tej magicznej skarbnicy słów. Za ścianą znajdował się krótki, ciasny korytarzyk od którego odbiegało pięcioro drzwi. Sufit w maleńkim holu nie był już tak wysoki. Jego wysokość wynosiła zaledwie dwa metry.
- Tutaj jest łazienka, obok kuchnia, następnie twoja sypialnia i moje królestwo.
Ed objaśnił mi szybko, a ja bez zastanowienia przekroczyłam próg jego sypialni. Pomieszczenie było raczej ciemne. Tak jak w salonie, całe przepełnione było starymi wydaniami przeróżnych powieści, wierszy, dramatów. Jedna z półek zapełniona była przez zbiorki nut, które również nie wygladały na najnowsze. Pomiędzy książkami Edward ustawił przeróżne przedmioty. Ramki ze zdjęciami, elementy starej zastawy, puchary zdobyte w szkole podstawowej. Na środku pokoju znajdowało się łóżko w postaci materaca i śpiworu, oraz nakaslik. Wszędzie dostrzec można było sterty poukładanych dokumentów, książek, szkiców, jakiś tekstów.
- Nie nie nie, nie wchodź tu. Panuje tu niezły bałagan. Nie chcę wywrzeć złego wrażenia.
Ed zaśmiał się i starał się powstrzymać mnie od dokładniejszego zwiedzenia pokoju. Ja, aby nie wyjść na nachalną wyszłam uśmiechając się do niego lekko, a następnie przekroczyłam próg drzwi mojej sypialni. Ku mojemu zdziwieniu pomieszczenie było urządzone. Tuż pod sufitem zamontowana została półka, na której oczywiście znajdowały się pożółkłe książki. Tapeta, którą obklejone były ściany posiadała specyficzny wzór, utrzymany w różnych odcieniach różu. Na wprost drzwi, przy prawej ścianie, tuż obok okna zasłoniętego delikatną firanką, znajdowało się duże łóżko, które okryte było stylową kołdrą. Na niej w lekkim nieładzie położono poduszki. Nad łóżkiem powieszone zostały stare, czarno-białe fotografie. Poza łóżkiem w pomieszczeniu znajdowało się biurko, postawione przy lewej ścianie, z punktu widzenia wchodzącego do pokoju. Obok biurka stała komoda w stylu vintage. Każdy możliwy skrawek przestrzeni wypełniały wszelkie stare przedmioty. Porcelanowe filiżanki, własnoręcznie wyszywane serwetki, drewniane figurki. Usłyszałam skrzypiące panele, a zaraz po tym glos współlokatora.
- Przepraszam za to, że jest już urządzone. Po prostu, mieszkanie należało do mnie i do siostry. Mieszkała tutaj przez rok, lecz wyprowadziła się dwa tygodnie temu.
Ed wzdrygnął ramionami unosząc ku górze kącik ust, po czym postawił obok łóżka mój bagaż.
- Daj spokój. Pokój urządzony jest fantastycznie!
Odpowiedziałam, a następnie usiadłam na skraju łóżka i położyłam się biorąc głęboki wdech. Poczułam zapach starych książek oraz lekki aromat cynamonu, który wnosiła do pokoju jedna laseczka tej oto przyprawy, umieszczona na biurku.
Około godziny dwudziestej, gdy już dokładnie się rozpakowałam i przeglądałam zdjęcia umieszczone w ramkach na komodzie, Edward zawołał.
- Wiktorio, napijesz się herbaty?
Wyszłam ze swojego pokoju bez pantofli i przeszłam kilkoma krokami do salonu, w którym zaświecona była tylko mała lampka na stoliku.
- Poproszę.
Odpowiedziałam i rozglądnęłam się chyba setny raz po tym cudownym pomieszczeniu, które przepełniał zapach zielonej herbaty. Usiadłam na jednym z jasnych foteli. Po kilku minutach do salonu wszedł Ed z dwoma filiżankami herbaty. Postawił je na ławie, która znajdowała się pomiędzy siedziskami. Zaraz po odłożeniu porcelanowych filiżaneczek, zza fotela wyciągnął gitarę. Zaczął ją stroić, a ja przyglądałam się mu z zaciekawieniem. "Zaśpiewaj, zaśpiewaj, proszę..." Powtarzałam sobie w myślach z delikatnym uśmiechem na twarzy. Podniosłam śnieżnobiałą bulionówkę i upiłam z niej mały łyk zielonej, przepysznej herbaty, której mocny smak wywołał jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy. W końcu po nastrojeniu instrumentu, Ed ułożył go na kolanie i zagrał kilka akordów, po czym rozpoczął...
White lips, pale face
Breathing in snowflakes
Burnt lungs, sour taste
Light's gone, day's end
Struggling to pay rent
Long nights, strange men...
Po zaśpiewaniu uśmiechnął się delikatnie nie odrywając ode mnie wzroku i zapytał.
- Co sądzisz? Na razie nie mam nic dalej...
Siedziałam cicho z filiżanką w dłoniach, a z moich ust nie znikał szczery uśmiech.
- Masz cudowny głos.
Ed odpowiedział szerszym uśmiechem, a następnie rozpoczął swoją kolejną piosenkę.
Give me love like her
'Cause lately I've been waking up alone
Paint splattered teardrops on my shirt
Told you I'd let them go
And that I'll fight my corner
Maybe tonight I'll call ya
After my blood turns into alcohol
No I just wanna hold ya.
Give a little time to me, or burn this out
We'll play hide and seek to turn this around
And all I want is the taste that your lips allow
My, my, my, my, oh give me love...
Nie wiedziałam nawet kiedy usnęłam z pustą już filiżanką w ręku, która była jeszcze ciepła, gdyż zagrzała ją herbata będąca pare minut wcześniej wewnątrz...
Inspiracją do opisu wnętrz były te zdjęcia. Są cudowne. Mam nadzieję, iż w przyszłości odtworzę choć odrobinę z nich w moim mieszkaniu...
Salon w mieszkaniu Edwarda oraz Wiktorii.
Sypialnia Ed'a.
Sypialnia Wiktorii.
- Dzień dobry.
Uśmiechnęłam się szeroko wstając i wyciągając dłoń w kierunku wokalisty.
- Oo... Dzień dobry, dzień dobry.
Odpowiedział lekkim uśmiechem, a następnie uścisnął moją dłoń.
- Ed Sheeran. Miło mi Cię oficjalnie poznać.
- Wiktoria Rudzińska.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie usiadłam zmęczona na kanapie, choć bardzo starłam się nie dać ukazać po sobie wycieńczenia.
- Chcesz mieszkać dwie ulice stąd?
Zapytał wprost. Spodobało mi się to. Nie lubiłam ludzi, którzy owijali w bawełnę i starali się wszystko pięknie ubierać w słowa.
- Tak.
Odpowiedziałam, a reakcja nas obojga była identyczna. Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Sytuacja ogólnie była dosyć zabawna. Spotkaliśmy się zaledwie pare minut wcześniej, a już uzgodniliśmy wszystko co powinniśmy.
- Mieszkanie jest małe. Dwie sypialnie, salon, który zaledwie blatem oddzielony jest od kuchni, korytarz, łazienka. Aczkolwiek ja je pokochałem, choć w Londynie mieszkam od tygodnia.
Ed zaśmiał się cicho, po czym krzyknął do kelnerki, iż prosi o herbatę cynamonową.
- Cynamonowa? To moja ulubiona. Mam świetny przepis na najlepszą herbatę cynamonową na świecie.
Powiedziałam półgłosem, a następnie razem z Edwardem zaśmialiśmy się cicho.
- W takim bądź razie MUSISZ ze mną zamieszkać, Wiktorio...
- Możesz mówić mi Vicky. Jeśli lubisz zdrobnienia oczywiście i jeśli... Nie chce Ci się wymawiać imienia z polskim akcentem.
- Nie, nie. Masz bardzo ciekawe imię. Może dlatego jest dla mnie ciekawe, że nigdy wcześniej nie poznałem żadnej polki.
Uśmiechnął się przyjaźnie, zerkając to na mnie, to na kubek pełen gorącej herbaty.
- Jestem pierwsza? Fajnie. Nauczę Cię polskiego.
Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie upiłam trochę herbaty.
- Tak właściwie... To nic o Tobie nie wiem. Opowiedz mi o sobie. Widuję Cię tu od jakiegoś czasu, więc musiałaś gdzieś mieszkać... Chyba...
Odpowiedziałam lekkim uśmiechem.
- No dobrze. Kilka dni po maturze przyleciałam tutaj. Mieszkałam z moim chłopakiem do... Wczoraj. Wczoraj wieczorem przyłapałam go z jakąś Kasią. Następnie pojechałam na lotnisko z zamiarem powrotu do Polski. Jakaś kobieta dzisiaj o piątej nad ranem uświadomiła mi, że tak naprawdę nie chcę wracać. Przyjechałam tutaj iii... Jestem!
Zaśmiałam się, lecz po moim policzku spłynęła łza. Kiedy? Sama nie wiedziałam kiedy. Ale pewnie podczas mówienia o Konradzie. Starałam się o nim zapomnieć. Aczkolwiek nie wychodziło.
- Oo...
Biedny Ed nie wiedział nawet co może powiedzieć. Chyba był trochę zdezorientowany. Nawet nie trochę. Bardzo.
- Przepraszam, że mówię Ci takie głupoty. Powiedz coś o sobie.
Uśmiechnęłam się do Niego, po czym założyłam kosmyk włosów za ucho i podparłam głowę na ręce, przyglądając się jego szaro-niebieskim tęczówkom.
- Moje życie nie jest zbyt ciekawe... Wszystko co myślę zapisuję na papierze. Następnie dołączam do tego kilka akordów i przekazuję całość ludziom. Tyle. Nic więcej.
Rudowłosy zaśmiał się i upił małym łykiem letnią herbatę.
- Robisz to, co kochasz... Ja... Nie, nie.
Zaprzeczyłam rękoma i zaśmiałam się.
- Znowu zacznę smęcić i nie będziesz wiedział co mi odpowiedzieć.
Uśmiechnęłam się szeroko, po czym wstałam i złapałam za uchwyt dużą, czarną walizkę.
- Ja to wezmę!
Ed zerwał się szybko z miejsca i podszedł do mnie wręcz wyrywając mi bagaż z rąk. Zaskoczona zaśmiałam się, a następnie uniosłam ku górze kącik ust, gdyż jego zachowanie bardzo mi się spodobało.
- Dobrze, dobrze.
Z uśmiechem wyszłam z kawiarni pierwsza, a tuż za mną powędrował współlokator. Na zewnątrz było ślicznie. Świeciło słońce, co w pochmurnym zazwyczaj Londynie było rzadkością, a temperatura na termometrach wzrosła o kilka stopni. Napawając się panującą atmosferą i biorąc kilka głębokich wdechów, moje płuca wypełniało chłodne, czyste powietrze, które automatycznie wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Chłodny wiatr sprawił, iż moje dłonie szybko straciły ciepło, aczkolwiek w tym momencie nawet to zdawało się przyjemnością.
Po kilku minutach powolnej drogi, podczas której nie odzywaliśmy się do siebie, rozpoczęłam.
- Tak właściwie, ile masz lat?
Odwróciłam głowę w kierunku Edwarda uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
- Osiemnaście.
Odpowiedział bez większych emocji. Z tego co zauważyłam Ed nie był zbytnio odważnym człowiekiem, któremu zależało na byciu w centrum uwagi. Należał raczej do osób, które najlepiej czuły się w towarzystwie tylko i wyłącznie swoim.
- Ja też... Co planujesz, jeśli chodzi o Londyn? Studia, praca?
Ponownie na niego spojrzałam, wkładając moje zimne dłonie do kieszeni skórzanej kurtki.
- Myślałem o studiach. Z takim zamiarem przyjechałem. A Ty? Co zamierzasz robić?
Jest! Padło pytanie z jego strony!
- W Polsce skończyłam Liceum Muzyczne, grając na fortepianie. Nie mam zbyt dużych możliwości jeśli chodzi o wybór zawodu...
- Skończyłaś Liceum Muzyczne?! Na fortepianie?!
Nagłe zdziwienie Ed'a było dla mnie trochę śmieszne. W końcu nie było nic nadzwyczajnego w tym, iż gram na fortepianie od małego. Przynajmniej dla mnie.
- Tak.
- To szybko zgłoś się na przesłuchania do Royal Academy of Music! Są niedługo na nowy semestr!
Słysząc to, co powiedział Edward zaśmiałam się głośno i poprawiłam włosy.
- Przecież nie umiem grać tak dobrze, by dostać się do jednej z najbardziej prestiżowych Akademii Muzycznych na świecie, Ed!
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a Ed na jego widok sam uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Muszę Cię posłuchać. Mam fortepian po babci w moim mieszkaniu. A, przepraszam, naszym mieszkaniu.
Zaśmiał się bezdźwięcznie, a ja ze względu na to sama uśmiechnęłam się lekko. Mimo tego, iż znaliśmy się tak krótko, jego uśmiech już wywoływał mój. Czułam się, jakbym była jego mamą. Dlaczego? Nie wiem. Traktowałam go jak kogoś, za kogo będę mogła być odpowiedzialna. Glupota.
- Naprawdę? Fantastycznie!
Potaknęłam śmiejąc się cicho. Nie grałam na fortepianie odkąd przyleciałam na wyspy, czyli przez mniej więcej pół roku. Zdążyłam wyjść z wprawy, a stawy w moich palcach nie były już takie przebiegłe jak jeszcze w czerwcu ubiegłego roku.
W końcu doszliśmy do starej, małej kamieniczki, w której znajdowało się nasze mieszkanie. Weszliśmy po schodach na trzecie, ostatnie piętro znajdujące się prawdopodobnie na poddaszu. Ed otworzył drzwi. Moim oczom ukazało się tak magiczne i czarujące mieszkanie, że aż ciężko je opisać. Drzwi wejściowe znajdowały się w niezbyt dużym salonie, który sprawiał wrażenie ogromnego, ze względu na bardzo wysoki sufit. Jakiś metr pod dachem znajdowały się ogromne, drewniane belki. Dwie ściany pomieszczenia po samo poddasze wypełnione były książkami, co sprawiało, iż można było poczuć się tutaj jak w bibliotece. Dla ułatwienia przy zbiorze ksiąg znajdowała się nawet drabina. W pomieszczeniu były dwa dosyć duże okna z ładnymi zasłonami. Jeśli chodzi o meble, było tam klika foteli oraz stoliki z lampkami nocnymi. Przy ścianie książek znajdowały się dwa dębowe, posiadające jasne obicia krzesła, które nie wygladały na zbyt wygodne. I w końcu dostrzegłam to, co wywołało w moim sercu radość taką, o której istnieniu dawno temu zapomniałam. Brązowy, wręcz czekoladowy, wypolerowany fortepian, który znajdował się w kącie pomieszczenia. Podeszłam do niego i otworzyłam klapę, siadając na taborecie. Położyłam dłonie na czarno-białej klawiaturze i zamknęłam moje oczy uśmiechając się delikatnie. Zagrałam jeden akord. Dosłownie jeden. Od razu poczułam ciarki na całym ciele wywołane przez dźwięk, który roznosił się po płycie rezonansowej. Następnie otworzyłam oczy i postanowiłam zagrać mój ukochany utwór, do którego zawsze miałam sentyment. "La fille aux cheveux de lin", Claude Debussy'ego. Grałam go w piątej klasie szkoły podstawowej dla mojej malutkiej, czteroletniej wtedy, siostry Marysi. Miała ona długie, złociste włosy. Z francuskiego, tytuł tłumaczony jest jako "Dziewczę o lnianych włosach", więc powtarzałam małej, iż utwór napisany został z myślą o niej. Szczęśliwe i dumne zarazem dziecko prosiło mnie wciąż o powtarzanie jej granego przeze mnie preludium.
Moja siostra zmarła w wieku siedmiu lat, co było dla mnie traumatycznym przeżyciem. W ramach szacunku, jaki chciałam jej oddać, postanowiłam grywać utwór ten tylko i wyłącznie przy szczególnych okazjach. Ostatnio przyszło mi go zagrać w dwunastą rocznicę jej urodzin. Nie wyszedł mi on wtedy perfekcyjnie, gdyż cały czas w moich oczach gromadziły się łzy i co jakiś czas uwalniały się, spływając po czerwonych, rumieniących się z bólu i tęksnoty, policzkach. Teraz, z powodu pierwszego od ponad roku, dotknięcia klawiatury fortepianu, zadecydowałam, iż zagram utwór jak najlepiej potrfię. Dla Marysi.
Tak też było. Włożyłam w grę całe moje serce. Każdy dźwięk starałam się wydobyć z niesamowitą ostrożnością i delikatnością. Moje palce pływały po klawiaturze automatycznie, jakby znały każdy jej zakątek na pamięć. Po zakończonej przygodzie z "La fille aux cheveux de lin", przez kilka sekund pozostawiłam ręce bezwładnie, na lśniących klawiszach, po czym odłożyłam je na uda. Odwróciłam się w stronę mojego nowego współlokatora, który oparł się o ścianę i uważnie słuchał. Gdy zorientował się, że przestałam już grać i teraz skupiam swój wzrok na nim, szybko ocknął się i uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Gratuluję...
Powiedział szeptem, a ja zdziwiona odpowiedziałam pytaniem.
- Ale czego?
- Talentu...
Uśmiechnął się trochę szerzej, a następnie przeszedł przez salon i zatrzymał się obok fotela, aby tam postawić moją ogromną, ciężką walizkę. Trochę zawstydzona uśmiechnęłam się sama do siebie, a następnie założyłam włosy za ucho i wstając z taboretu ściągnęłam skórzaną kurtkę. Położyłam ją na oparciu fotela i rozglądnęłam się po pokoju raz jeszcze. Znajdowało się w nim tyle rzeczy, że aż trudno było sobie wyobrazić ile kartonów potrzeba by było na ich spakowanie. Jakim cudem Edward tak po prostu przeprowadził się tutaj posiadający tyle drobiazgów?
- Ed, skąd masz te wszystkie książki?
Zapytałam lustrując wzrokiem półki pełne lektur.
- Aa tak... Moja babcia z Irlandii miała bibliotekę. Zapisała mi ją w testamencie. Nie chciałem zostawać w kraju i jej prowadzić, więc sprzedałem lokal, a książki wziąłem do siebie. Nawet nie wiesz jakie to fantastyczne uczucie, gdy wchodzisz do swojego salonu i odnajdujesz w nim lektury, których nigdy wcześniej nie widziałeś na oczy... Genialne. Zawsze mam co poczytać.
Zaśmiał się przyjaźnie, a następnie przeszedł przez drzwi znajdujące się w ścianie, która obładowana była powieściami. Powędrowałam za nim nie odrywając wzroku od tej magicznej skarbnicy słów. Za ścianą znajdował się krótki, ciasny korytarzyk od którego odbiegało pięcioro drzwi. Sufit w maleńkim holu nie był już tak wysoki. Jego wysokość wynosiła zaledwie dwa metry.
- Tutaj jest łazienka, obok kuchnia, następnie twoja sypialnia i moje królestwo.
Ed objaśnił mi szybko, a ja bez zastanowienia przekroczyłam próg jego sypialni. Pomieszczenie było raczej ciemne. Tak jak w salonie, całe przepełnione było starymi wydaniami przeróżnych powieści, wierszy, dramatów. Jedna z półek zapełniona była przez zbiorki nut, które również nie wygladały na najnowsze. Pomiędzy książkami Edward ustawił przeróżne przedmioty. Ramki ze zdjęciami, elementy starej zastawy, puchary zdobyte w szkole podstawowej. Na środku pokoju znajdowało się łóżko w postaci materaca i śpiworu, oraz nakaslik. Wszędzie dostrzec można było sterty poukładanych dokumentów, książek, szkiców, jakiś tekstów.
- Nie nie nie, nie wchodź tu. Panuje tu niezły bałagan. Nie chcę wywrzeć złego wrażenia.
Ed zaśmiał się i starał się powstrzymać mnie od dokładniejszego zwiedzenia pokoju. Ja, aby nie wyjść na nachalną wyszłam uśmiechając się do niego lekko, a następnie przekroczyłam próg drzwi mojej sypialni. Ku mojemu zdziwieniu pomieszczenie było urządzone. Tuż pod sufitem zamontowana została półka, na której oczywiście znajdowały się pożółkłe książki. Tapeta, którą obklejone były ściany posiadała specyficzny wzór, utrzymany w różnych odcieniach różu. Na wprost drzwi, przy prawej ścianie, tuż obok okna zasłoniętego delikatną firanką, znajdowało się duże łóżko, które okryte było stylową kołdrą. Na niej w lekkim nieładzie położono poduszki. Nad łóżkiem powieszone zostały stare, czarno-białe fotografie. Poza łóżkiem w pomieszczeniu znajdowało się biurko, postawione przy lewej ścianie, z punktu widzenia wchodzącego do pokoju. Obok biurka stała komoda w stylu vintage. Każdy możliwy skrawek przestrzeni wypełniały wszelkie stare przedmioty. Porcelanowe filiżanki, własnoręcznie wyszywane serwetki, drewniane figurki. Usłyszałam skrzypiące panele, a zaraz po tym glos współlokatora.
- Przepraszam za to, że jest już urządzone. Po prostu, mieszkanie należało do mnie i do siostry. Mieszkała tutaj przez rok, lecz wyprowadziła się dwa tygodnie temu.
Ed wzdrygnął ramionami unosząc ku górze kącik ust, po czym postawił obok łóżka mój bagaż.
- Daj spokój. Pokój urządzony jest fantastycznie!
Odpowiedziałam, a następnie usiadłam na skraju łóżka i położyłam się biorąc głęboki wdech. Poczułam zapach starych książek oraz lekki aromat cynamonu, który wnosiła do pokoju jedna laseczka tej oto przyprawy, umieszczona na biurku.
Około godziny dwudziestej, gdy już dokładnie się rozpakowałam i przeglądałam zdjęcia umieszczone w ramkach na komodzie, Edward zawołał.
- Wiktorio, napijesz się herbaty?
Wyszłam ze swojego pokoju bez pantofli i przeszłam kilkoma krokami do salonu, w którym zaświecona była tylko mała lampka na stoliku.
- Poproszę.
Odpowiedziałam i rozglądnęłam się chyba setny raz po tym cudownym pomieszczeniu, które przepełniał zapach zielonej herbaty. Usiadłam na jednym z jasnych foteli. Po kilku minutach do salonu wszedł Ed z dwoma filiżankami herbaty. Postawił je na ławie, która znajdowała się pomiędzy siedziskami. Zaraz po odłożeniu porcelanowych filiżaneczek, zza fotela wyciągnął gitarę. Zaczął ją stroić, a ja przyglądałam się mu z zaciekawieniem. "Zaśpiewaj, zaśpiewaj, proszę..." Powtarzałam sobie w myślach z delikatnym uśmiechem na twarzy. Podniosłam śnieżnobiałą bulionówkę i upiłam z niej mały łyk zielonej, przepysznej herbaty, której mocny smak wywołał jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy. W końcu po nastrojeniu instrumentu, Ed ułożył go na kolanie i zagrał kilka akordów, po czym rozpoczął...
White lips, pale face
Breathing in snowflakes
Burnt lungs, sour taste
Light's gone, day's end
Struggling to pay rent
Long nights, strange men...
Po zaśpiewaniu uśmiechnął się delikatnie nie odrywając ode mnie wzroku i zapytał.
- Co sądzisz? Na razie nie mam nic dalej...
Siedziałam cicho z filiżanką w dłoniach, a z moich ust nie znikał szczery uśmiech.
- Masz cudowny głos.
Ed odpowiedział szerszym uśmiechem, a następnie rozpoczął swoją kolejną piosenkę.
Give me love like her
'Cause lately I've been waking up alone
Paint splattered teardrops on my shirt
Told you I'd let them go
And that I'll fight my corner
Maybe tonight I'll call ya
After my blood turns into alcohol
No I just wanna hold ya.
Give a little time to me, or burn this out
We'll play hide and seek to turn this around
And all I want is the taste that your lips allow
My, my, my, my, oh give me love...
Nie wiedziałam nawet kiedy usnęłam z pustą już filiżanką w ręku, która była jeszcze ciepła, gdyż zagrzała ją herbata będąca pare minut wcześniej wewnątrz...
Inspiracją do opisu wnętrz były te zdjęcia. Są cudowne. Mam nadzieję, iż w przyszłości odtworzę choć odrobinę z nich w moim mieszkaniu...
Salon w mieszkaniu Edwarda oraz Wiktorii.
Sypialnia Ed'a.
Sypialnia Wiktorii.



Twój blog jest zarąbisty :D
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział :)
Kieedy nastepny ?? Czekam juz dlugo :* dopiero drugi rozdzial a ja juz sie wciagnelam <3 .xx
OdpowiedzUsuń